Gazeta Wyborcza - listopad 2002

"Niedemokratyczne dopracowanie"
Rozmowa z Radkiem Łukasiewiczem z zespołu Pustki

Funkcjonują poza oficjalnym obiegiem, a ich muzyka nie gości na listach przebojów. Mimo to Pustki zdobywają coraz większą popularność.

Muzykę Pustek często określa się jako wczesny Velvet Underground. To chyba dość miłe być porównywanym do takiej grupy?
- Nikt nie lubi etykietek i takich klasyfikacji. Tak się złożyło, że dużo osób, które posłuchało naszej pierwszej płyty, miało takie odczucia, ale myślę, że to zbyt ogólne stwierdzenie. Faktem jest, że kiedyś bardzo dużo słuchałem Velvet Underground. Jeżeli już miałbym dopatrywać się podobieństw, istnieją one raczej w podobnej surowości nagrania, podejściu do realizacji nagrania, a nie sfery melodycznej czy konstrukcji piosenek.

Gracie muzykę gitarową, niezbyt popularną ostatnio w Polsce.
- Niestety, polska muzyka gitarowa została całkowicie skompromitowana.

Czy możecie w takim razie utrzymać się z grania?
- Na razie nie, ale wiadomo, że jeśli chce się coś robić dobrze, trzeba temu poświęcić sporo czasu. Powoli zmierzamy więc w tym kierunku, żeby Pustkami zająć się zawodowo. Jednak czy to się uda, nie zależy oczywiście do końca od nas.

A od kogo?
- Od słuchaczy, od gazet, od radia. Ja bardzo bym chciał, żeby się nam udało utrzymać robiąc coś, co lubimy, pozostając oczywiście wiernymi sobie.

Czyli kompromisy odpadają?
- Wszystko zależy od kontraktu. Nie ma dla mnie znaczenia, czy będę podpisywał umowę z dużą czy z małą wytwórnią, jeżeli będę miał zapewnione warunki, które wcześniej uzgodnimy. W tej chwili np. pracujemy nad naszym drugim albumem i wciąż nie wiemy, kto go wyda. Mamy jednak taki plan, żeby do wytwórni zgłosić się z gotowym już albumem, którego nie będzie można zmienić. Jeśli się spodoba jakiemuś wydawnictwu, to dobrze. Jeśli nie, wydamy go własnym nakładem.

Czego Wam w takim razie brakuje, żeby już całkowicie poświęcić się zespołowi?
- Musimy się uwolnić od niektórych obowiązków. Trzymają nas jeszcze studia i praca. W chwili, kiedy będziemy mogli grać regularne i częste koncerty uznam, że osiągnęliśmy to, o co nam chodziło.

Czy czujecie się częścią jakiejś większej sceny?
- Tak, sceny młodych zespołów... Chciałbym uniknąć ujednolicania. Niektórzy mówią, że jest coś takiego jak Warszawska Scena Niezależna, Warszawska Muzyka Improwizowana, Warszawska Scena Jazzgotowa itd. A tak naprawdę mamy ze sobą tyle wspólnego, że występujemy często w tych samych klubach. Natomiast rozstrzał stylistyczny jest gigantyczny. Nie czujemy się częścią żadnej sceny.

W jaki sposób pracujecie nad muzyką?
- Spotykamy się i improwizujemy. Większość sesji nagrywamy i potem przez kilka dni przesłuchujemy materiał. Jeśli coś nas zaintryguje, pracujemy nad tym.

A kto decyduje o tym, który fragment wart jest dalszej pracy?
- Zwykle jest to jedna osoba i często jestem to ja.

Mało demokratyczne podejście.
- Nie ma szans, żeby w zespole była demokracja. Musi być jakaś wizja i musi być ktoś, kto przypilnuje, by wizję tę zrealizować. Dobrze jest, gdy ktoś potrafi powiedzieć: "Słuchaj, w tym fragmencie nie grasz" albo "Tego nie gramy".

Jesteście w takim razie dość zdyscyplinowanym zespołem.
- Naszym atutem, czy też raczej atutem naszej nowej muzyki, nowych utworów jest przede wszystkim dyscyplina na poziomie konstrukcji i dopracowania utworów.
     Rozmawiał Łukasz Kamiński
powrót..